Noskowiczki i Noskowicze, cieszę się, że ponownie się spotykamy, by wspólnie poczytać. Mam nadzieję, że wśród moich propozycji znajdziecie coś dla siebie. Ja oczywiście z wielką przyjemnością przeczytałam wszystkie trzy książki, o których chcę wam opowiedzieć i was również gorąco do tego zachęcam. Naprawdę warto!
Dla tych, którzy lubią świętować…
idealna będzie książka „Drejdl i hamantasze: przewodnik po kulturze żydowskiej dla najmłodszych”. A dlaczego? To bardzo proste! Ponieważ Żydzi, czyli wyznawcy judaizmu, obchodzą inne święta niż katolicy. I okazuje się, że mają ich naprawdę dużo.
Zacznijmy od żydowskiego Nowego Roku, który wcale nie wypada w styczniu, ale jesienią! W 2026 roku Żydzi będą celebrować święto Rosz ha-Szana we wrześniu. To święto upamiętnia stworzenie świata, a na stołach w Rosz ha-Szana pojawiają się jabłka, miód i pyszna chałka, które mają symbolizować pomyślny i słodki nowy rok. Inaczej niż u nas - po święcie początku roku wcale nie zaczyna się okres karnawału, ale dziesięć dni modlitw, wyciszenia i rozmyślania nad własnymi uczynkami. O tej pokucie przypomina dźwięk szofaru - żydowskiej „trąbki” zrobionej z rogu baraniego. Dlatego w Polsce święto Rosz ha-Szana było też nazywane Świętem Trąbek. A kiedy już minie dziesięć dni rozmyślań i pokuty, następuje chyba najważniejsze w żydowskim kalendarzu święto - Jom Kipur. Święto przebaczenia grzechów.

Dobrze, powiecie. Po nowym roku Żydzi od razu mają czas wyciszenia. Czy to znaczy, że w ogóle nie mają karnawału? Ależ oczywiście, że mają! Żydowski karnawał to święto Purim, podczas którego organizuje się bale maskowe i pochody przebierańców. A wszystko to na pamiątkę Estery, która była żoną króla Persji. Doradca króla, Haman, postanowił zgładzić wszystkich Żydów, ale Esterze udało się zapobiec nieszczęściu. Dlatego w święto Purim w synagogach czyta się Księgę Estery, a ilekroć w tekście pojawi się imię Hamana - zostaje ono zagłuszone stukotem kołatek. Specjalnie na święta Purim robi się też trójkątne ciastka z nadzieniem z maku i bakalii, nazywane hamantaszami, czyli uszami Hamana. Choć Haman nie był dobrym człowiekiem, jego uszy są… pyszne! A jeśli nie wierzycie mi na słowo, możecie sami się o tym przekonać. W książce znajdziecie bowiem przepis na najprawdziwsze hamantasze!

W książce „Drejdl i hamantasze” przeczytacie o innych świętach żydowskich, więc oczywiście nie będę wam z detalami opisywać obchodów Chanuki, która trwa osiem dni, ani o Pesach na pamiątkę wyjścia Żydów z niewoli egipskiej. Ale nie oprę się i opowiem wam jeszcze o żydowskiej „niedzieli”, która zaczyna się w piątek po zachodzie słońca, czyli o szabacie. Szabat to siódmy dzień tygodnia, w którym Bóg odpoczywał po stworzeniu świata. Dlatego Żydzi w szabat również odpoczywają. Nic nie robią, więc wszystko, co powinno być zrobione w sobotę - trzeba przygotować wcześniej. Niektórzy Żydzi w szabat nie oglądają telewizji ani nie włączają komputera, a nawet nie zapalają światła elektrycznego. Nie jeżdżą też samochodami ani środkami komunikacji… Po prostu spędzają czas z rodziną!

Moi drodzy, jeśli chcecie się dowiedzieć, kto w święta idzie do synagogi, czym jest kipa i kiedy się ją zakłada, jak przygotowuje się koszerne potrawy, jak wygląda hebrajski alfabet - sięgnijcie koniecznie po książkę „Drejdl i hamantasze”. To opis wspaniałej kultury, której ślady ciągle jeszcze możemy dostrzec w naszym otoczeniu!
Tym, którym czasem coś się nie udaje
polecam nigdy się nie poddawać i przeczytać książkę „Kiedy nic się nie udaje…: historie o wynalazcach, którzy się nie poddali!” napisaną przez Maxa Temporelli i Barbarę Gozzi.
Zacznijmy od żarówki! Dla nas to rzecz, która była w naszych domach od zawsze. Ale przecież ktoś musiał ją wymyślić! Jak więc z tą żarówką było?
Opatentował ją Thomas Edison, który był bardzo słynnym wynalazcą. Jako dziecko Edison nie uczył się w normalnej szkole, bo nie dosłyszał i nie nadążał za słowami nauczycieli. Uczyła go w domu mama. Ale wada słuchu nie powstrzymała go od zdobywania wiedzy i eksperymentowania. Nie tylko wymyślał własne urządzenia, ale i zastanawiał się, jak udoskonalić to, co wymyślił ktoś inny. Tak właśnie było z żarówką Josepha Swana, która jednak miała zasadniczą wadę - żarzące się w niej włókno wydzielało tak olbrzymie ilości sadzy, że po kilku minutach już nie było widać światła przez okopcone szkło. Edison postanowił to naprawić, ale jeśli myślicie, że usiadł, pomyślał i odniósł sukces to grubo się mylicie! On sam mówił o swoim sukcesie, że najpierw wynalazł 1999 sposobów na to, jak nie robić żarówki. I dopiero w przypadku modelu 2000 udało mu się uzyskać pożądany efekt. Gdyby jednak poddał się w okolicach próby 1800, być może długo jeszcze oświetlalibyśmy domy świecami!

Edison odniósł olbrzymi sukces ulepszając coś, co działało źle. Ale czy jest sens ulepszać coś, co działa dobrze? Hmmm… Zadam wam inne pytanie - z czym kojarzy się wam nazwisko Dyson? Tak! Z odkurzaczami! Gdyby jednak James Dyson dał sobie spokój z wynalazkami i nie chciał zmieniać tego, co już działa, dziś w ogóle nie znalibyśmy jego historii i nie korzystali z odkurzaczy bezworkowych.
Zresztą na początku wydawało się, że wynalazek Jamesa w ogóle się nie przyjmie, bo producenci sprzętów domowych, do których zwracał się ze swoim pomysłem, odsyłali go z kwitkiem. Ale się nie poddał! W 1993 roku założył własną firmę produkującą odkurzacze i już po dwóch latach jego produkt był najlepiej sprzedającym się odkurzaczem w Wielkiej Brytanii. Ale zanim do tego doszło Dyson przez 15 lat opracował 5126 prototypów odkurzacza bezworkowego. I co ważne - po odniesieniu sukcesu nie osiadł na laurach, ale stworzył dalsze 30 ulepszonych wersji swojego produktu.
W 2002 roku powstała Fundacja Jamesa Dysona, która przyznaje stypendia uzdolnionym inżynieryjnie uczniom i studentom.

A czy znacie nazwisko Pemberton? Zakładam, że nie. Ale jestem pewna, że doskonale znacie jego wynalazek!
Pemberton był amerykańskim farmaceutą, który wymyślił lek przeciwbólowy bazujący na miksturze z roślin leczniczych i wina. Kiedy jednak w 1886 roku w Stanach Zjednoczonych wprowadzono prohibicję, czyli zakaz sprzedaży alkoholu, jego lek okazał się nielegalny i Pemberton musiał zmienić recepturę. Dolewał i przelewał, aż się pomylił i do leku wlał wodę gazowaną. Cała partia była do wyrzucenia, ale Pemberton z ciekawości wziął łyka. „Dobre!” pomyślał. I zaniósł swój napój do apteki, gdzie postanowiono sprzedawać go jako orzeźwiający i gaszący pragnienie tonik. Niestety, w pierwszym roku sprzedawano tylko 9 szklanek dziennie. To zbyt mało, aby mówić o sukcesie. I gdy Pemberton już miał całkowicie zwątpić w swój wynalazek, pojawił się biznesmen Asa Candler. Wiecie, co zrobił? Zaczął sprzedawać napój nie w aptekach (gdzie kojarzył się z lekarstwem), ale we wszystkich sklepach i supermarketach w kraju. I jest on w tych sklepach sprzedawany do dziś. Nie zmienił się nawet jego podpis: Coca-Cola!

Dla tych, którzy kochają psy (zwłaszcza te nierasowe!)
strzałem w dziesiątkę będzie książka Katarzyny Ziemnickiej pt.: „Kulawy: pies, który miał szczęście”.
Poznajcie Kulawego. Kulawy jest kulawy, jedno oko ma niebieskie a drugie brązowe i ma lekkiego zeza. Ale to nic, bo Kulawy jest bardzo zadowolony ze swojego życia, ze swojego mieszkania koło śmietnika w pobliżu baru Grzaneczka i ze swoich serdecznych przyjaciół - Józi i Gucia. Cała trójka, pomimo faktu, że są bezdomnymi kundelkami, doskonale sobie radzi i niespecjalnie chce zmieniać coś w swoim życiu. Ale najczęściej zdarza się tak, że zmiany po prostu następują, czy ich chcemy czy nie. Te konkretne zmiany, o których chcę wam opowiedzieć nastąpiły w pewien letni poranek. Zanosiło się na deszcz i Kulawy postanowił udać się na działkę, gdy wtem… spadła na niego duża, ciężka siatka, która unieruchomiła również Józię i Gucia. Z siatki cała trójka trafiła do czarnej furgonetki, która następnie powiozła ich do schroniska dla zwierząt.

„Koniec ze wszystkim”, pomyślał Kulawy, gdy trafił do tego bardzo przygnębiającego miejsca, w którym rządził pies dyrektora, buldog Hektor. Kulawy, Józia i Gucio zostali zamknięci w boksach. Mieli w nich co prawda miski z wodą, obiad miał być o dwunastej, a raz w tygodniu miał przychodzić wolontariusz, żeby wyprowadzić ich na spacer. Ale to zupełnie nie odpowiadało psom przyzwyczajonym do życia na wolności. Dlatego Kudłaty dosłownie po kilku chwilach postanowił, że ucieknie ze schroniska najszybciej, jak to tylko będzie możliwe.

Okazje jednak mają to do siebie, że nie zawsze pojawiają się wtedy, gdy ich potrzebujemy. Kulawy na swoją musiał chwilę poczekać. Traf chciał, że pewnego razu Kulawy razem z innymi psami ze schroniska podsłuchał rozmowę toczącą się na ulicy. Dwa charty rozmawiały o wystawie psów rodowodowych, która miała się odbyć następnego dnia. Na takiej wystawie psy mogły znaleźć nowych właścicieli, Kudłaty pomyślał, że gdyby tak psy ze schroniska wzięły w niej udział, mogłyby zmienić swój los. Ale najpierw trzeba było wymyślić, jak tu wydostać się ze schroniska. Uprzedzę trochę fakty i zdradzę wam, że zupełnie nieoczekiwana pomoc nadeszła ze strony buldoga Hektora. Kudłaty przekonał go, że jeśli Hektor pomoże reszcie psów w dotarciu na wystawę, może się okazać, że znowu będzie miał swojego pana, dyrektora schroniska, tylko dla siebie. I wreszcie będą mogli wybrać się na obiecane i odkładane w nieskończoność wspólne wakacje, bo dyrektor już nie będzie musiał zajmować się innymi psami i wreszcie znajdzie czas dla Hektora. To przekonało buldoga, który nawet pozwolił wykąpać się całej psiej zgrai w łazience dyrektora! Wyżlica Adela napisała na karteczkach ich nowe, arystokratyczne wizytówki, na których Józia stała się Józefiną Delfiną, Gucio - Gustawem herbu Łapulec a Kulawy - hrabią macedońskim. I pojechali…

Jeśli chcecie wiedzieć, czy na wystawie psów rasowych nasi znajomi ze schroniska znaleźli nowych właścicieli, to koniecznie przeczytajcie książkę Katarzyny Ziemnickiej. Ja tylko zdradzę, że będzie to ostra jazda bez trzymanki z pożarem na końcu! Ale spokojnie, wszystko skończy się dobrze! Jak zawsze w naszych książkach. Życzę wam wspaniałej lektury!









